• Kasia&Ola

„Najważniejszy jest człowiek, a nie potrawy czy muzyka”

Przedstawiam Wam kolejną fantastyczną kobietę, która zechciała opowiedzieć mi o swoim ślubie i weselu. Uroczystość odbyła się 50 lat temu i w niczym nie przypominała przyjęć, jakie mają miejsce aktualnie.

Kiedy brała Pani ślub?

Ślub kościelny odbył się w październiku 1967 r. Cały poranek padało. Bardzo stresowałam się, że fryzura, którą zrobiła mi koleżanka popsuje się. Do kościoła mieliśmy iść na piechotę, a miałam nowe pantofelki, nie posiadałam też eleganckiego płaszczyka. Na szczęście w porę przestało padać. Było jednak zimno i wietrznie. Ślub cywilny odbył się prawie pół roku później, w marcu. To niespotykana sytuacja, bo w tamtych czasach w pierwszej kolejności trzeba było mieć ślub cywilny. Ksiądz poszedł nam bardzo na rękę i przymrużył oko, że nie posiadaliśmy dokumentów z Urzędu Stanu Cywilnego. Był piękny słoneczny dzień, kiedy braliśmy ślub cywilny. Po ceremonii wraz ze świadkami poszliśmy na spacer i lody. Była też z nami moja ciotka, siostra mojej mamy. Rodzice mojego męża oraz moi już wtedy nie żyli.

Proszę powiedzieć, jak poznała Pani męża oraz jak wyglądały zaręczyny?

Męża poznałam na prywatce urodzinowej mojej koleżanki. Odprowadził mnie do domu i zaprosił następnego dnia na spacer. Ostatecznie nie poszliśmy na spacer tylko na mszę i tak się zaczęło. Zaręczyn nie było. Mojej mamie bardzo nie podobało się, że tak żyjemy „na kocią łapę”. Po kolejnym jej biadoleniu po prostu stwierdziliśmy, że trzeba się pobrać i wybraliśmy datę ślubu. Tak naprawdę to nawet nie my ją wybraliśmy. Poszliśmy do księdza i on wyznaczył termin mszy.

Co pamięta Pani z dnia ślubu i wesela?

Niestety niewiele. Pamiętam, że w kościele był rozwinięty piękny, czerwony dywan. To była jedyna dekoracja. Druhen i drużbów nie było, a wtedy takie orszaki były bardzo modne. Mieliśmy dwóch świadków – mojego brata i kuzyna mojego męża. Teraz to chyba niespotykana sytuacja? Po wyjściu z kościoła pojechaliśmy taksówką — czarną wołgą — do domu moich rodziców. Tam odbywało się przyjęcie dla całej rodziny z jednej i drugiej strony. Znajomych i przyjaciół nie zapraszaliśmy. Dom nie był w ogóle przystrojony. Tata chciał udekorować wejście, ale ostatecznie nie było czasu. Moja mama wyciągnęła tylko na tę okazję nasz „świąteczny” obrus, na stole paliły się świeczki.

Proszę opowiedzieć coś więcej o swojej sukience ślubnej.

Jestem po szkole krawieckiej, więc oczywiste było, że sukienkę uszyję sobie sama. Krój był bardzo podobny do tego, co nosiłam na co dzień. Materiał kupiłam we Wrocławiu z partii materiału przeznaczonej dla armii radzieckiej. Były bardzo duży problem, żeby go zdobyć. Pomogła właścicielka zakładu krawieckiego, w którym robiłam praktyki. Welon, który widać na zdjęciu to prezent od niej. W dniu ślubu nie miałam na sobie żadnej biżuterii, najzwyczajniej w świecie nie było mnie na nią stać. Podczas ślubu cywilnego miała sukienkę, w której chodziłam na co dzień.

A jakie potrawy pojawiły się na weselu?

Jeśli chodzi o jedzenie, to był po prostu uroczysty obiad i deser. Wszystkie potrawy przygotowała moja mama. W dniu wesela wstała o 5 rano i gotowała. Niestety nie pamiętam, co było dokładnie. Chyba rosół i jakaś pieczeń, ale mogło mi się pomylić z jakąś inną uroczystością.

Moja babcia opowiadał mi, że razem z dziadkiem do fotografa poszli długo po dacie ślubu. Nie było wtedy mody na zdjęcia w kościele czy sesje plenerowe. A jak to było u Państwa?

To prawda, fotograf nie przyjeżdżał wtedy do kościoła, a już na pewno nie do domu. My na sesję zdjęciową pojechaliśmy następnego dnia… Pamiętam, że moje koleżanki często zabierały na sesje swoje druhny i drużbów, rodziców czy nawet miały zdjęcia ze wszystkimi gośćmi. Byliśmy tylko we dwoje, zrobiliśmy sobie na szybko tylko dwa zdjęcia. Portretowe i takie gdzie widać nas całych.

Kto grał na Pani weselu?

Muzyka była tylko na akordeonie, grał kuzyn, ale chyba nikt nie tańczył.

Jakby miała udzielić Pani rady osobom, które biorą albo planują brać ślub, to co by to było?

Powiedziałabym takim osobom, aby nie stresowały się za bardzo tym dniem. Liczy się to, co będzie później, a nie to czy wszystko tego dnia okaże się idealne. Najważniejszy jest człowiek, a nie potrawy czy muzyka. Trzeba się szanować i nie kłamać, a wszystko będzie dobrze.

#błog #konsultantślubny #prawdziwahistoria #historia #czarymarry #rozmowa #weddingplanner #wywiad #prawdziwa

MSS08960.jpg

Napisz

do nas!

kontakt@czarymarry.com
Kasia 577 900 036, Ola 726 594 267

  • Black Spotify Icon
  • Black Facebook Icon
  • Black YouTube Icon
  • Black Instagram Icon